Chwila zadumy

W dniu 17 lipca 2017 r. w Kościele Ewangelickim w Bystrzycy w Czechach odbył się pogrzeb Bronisława Walickiego, wybitnego działacza polonijnego na Zaolziu, odznaczonego Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej przez Prezydenta RP.

Bronisław Walicki (12.08.1934 – 23.06.2017). Zdjęcie z rodzinnego albumu córki Jolanty.

 

W imieniu Kongresu Polaków w Republice Czeskiej Józef Szymeczek tak mówił w Kościele:

„Żegnamy dziś naszego przyjaciela, współpracownika, syna Ziemi Cieszyńskiej, działacza społecznego, wiceprezesa Kongresu Polaków w Republice Czeskiej w latach 1997-2002, reprezentanta mniejszości polskiej w organach doradczych różnych szczebli, negocjatora mniejszości polskiej w sprawach wprowadzania standardów europejskich, wielkiego patriotę, Polaka – Bronisława Walickiego, który swoją pielgrzymkę życiową rozpoczął na Zaolziu i także tutaj zakończył.  Był człowiekiem w wierze stałym, w nadziei nieporuszonym, zostawił imię i pamiątkę dobrą między nami.

Bronisław Walicki po opuszczeniu Ziemi Cieszyńskiej działał w różnych miejscach, nie zapominając jednak nigdy o swoich korzeniach. W Pradze działał w środowisku polskim, w kole PZKO, przywracając mu po 1989 r. nazwę Klub Polski, był jego długoletnim prezesem. Gdy ukończył swą pracę zawodową, powrócił do swego domu ojcowskiego na Ziemie Cieszyńską, by to wszystko, co zyskał działając w obcym świecie oddać jej i podzielić się z ludem śląskim mowy polskiej swymi bogatymi doświadczeniami. W tym okresie poznałem go osobiście. Pracowaliśmy razem w Kongresie Polaków, ja jako pracownik, on jako wiceprezes – społecznik. Był wymagający, dbał nie tylko o treść, ale i formę. Dbał o poprawność językową i przyzwoitość w obejściu ludzkim.  Podniósł kulturę kancelaryjną nie tylko biura Kongresu, ale i innych organizacji polskich. Zadziwiał swoimi umiejętnościami i doświadczeniami, z którymi się chętnie dzielił. Konsekwentnie wychowywał następców. I opowiadał. Jego życie było pełne różnych przygód. Wyraz „przygoda” można rozumieć w dobrym i złym znaczeniu. Doznał bowiem też wielu utrapień. Nigdy bym nie pomyślał, że te jego bardzo nietypowe doświadczenia – znajomość siedmiu języków, w tym języka włoskiego i niemieckiego, umiłowanie południowego Tyrolu, kontakty z Akademią Eurac w Bolzano, okażą się dla sprawy zaolziańskiej najbardziej użytecznymi.

Jako wiceprezes Kongresu Polaków w Republice Czeskiej uczestniczył w pracach nad czeską ustawą o mniejszościach narodowych, niemiecką ustawą o odszkodowaniach wojennych a w szczególności jej dodatku, zwanej „klauzulą otwartości”, która otworzyła możliwości zyskania odszkodowań wojennych również dla Polaków zaolziańskich. Kiedy przestał być wiceprezesem, kierował grupą negocjatorów, która z rządem czeskim ustalała brzmienie Europejskiej Karty Języków Regionalnych i Mniejszościowych. To w znacznej mierze dzięki Jego staraniom, wprowadzona została na Zaolziu dwujęzyczność, a język polski wydobyty został z prywatnych sfer świetlic i domów rodzinnych i wprowadzony w sferę publiczną na ulice, place, dworce kolejowe. Przy rozmowach z przedstawicielami różnych narodów podkreślał: możemy sią różnić czymkolwiek, ale nie różnimy się godnością. Dlatego ufali mu wszyscy, nie tylko Polacy. Był bardzo skromny, nie opowiadał o swoich zasługach.

We wszystko, co robił, wierzył. Był Polakiem i ewangelikiem wychowanym w tradycji michejdowsko-kubiszowskiej. Dla niego pieśń „Płyniesz Olzo” nie była tylko piosenką ludową – był to drogowskaz marszu przez świętą rzekę Olzę ku lepszej przyszłości. Pomimo mniejszego zorientowania narodowościowego wśród ludności polskiej na Zaolziu, które zobaczył po powrocie z Pragi, wierzył, że to, co robi, czyli promocja kultury i języka polskiego, ma sens. Nie było mu łatwo. Dyskusje były często męczące, nie tylko z Czechami, ale i z Zaolziakami. Były długie argumentacje, przekonywanie, rozczarowanie bierną postawą Zaolziaków. Lecz znów znad symbolicznego grobu zaolziańskiej polskości wychodził z nadzieją na lepszą przyszłość.  I tę wiarę, która budzi nadzieję, w miłości przekazywał dalej.

W ostatnich latach Bronek nie udzielał się już społecznie, a spotkać go można było w teatrze lub na imprezach polskich. Tak jak liść na drzewie kurczy się i schnie, aż w końcu wiatr śmierci oderwie go od życia, tak i Bronek powoli od nas odchodził. Już nie opowiadał długo, nie dzielił się doświadczeniami, ale i za te chwile jesteśmy wdzięczni. Jeden uśmiech, uścisk ręki, jedno słowo sprawiało, że czuło się nową energię do dalszego życia i działań. Wszyscy jego współpracownicy z ogromną satysfakcją przyjęli fakt nadania Bronkowi wysokiego odznaczenia państwowego pod sam koniec jego życia. To życie godne było zauważenia. To życie miało sens. Było to życie spełnionego człowieka.  Teraz odszedł do ojczyzny świętej, jako dobrym ludziom przystoi.  Cześć jego pamięci.”

 

Tekst: dr Józef Szymeczek, polski historyk i działacz społeczny na Zaolziu, Przewodniczący Kongresu Polaków w Republice Czeskiej

Opracowanie: dr Helena Olczak-Woltman